Kochani…
Doświadczyłem najgłębszego i najpełniejszego wglądu w całym moim życiu.
Czuję, jakbym pisał ten post jeszcze z innego świata. Z innych światów. Z wielu świadomości… jakby był pierwszym i ostatnim zarazem.
Zacznę od zjawiskowego doświadczenia.
Nie ma śmierci <3 .
Śmierć to tylko moment, w którym Wszechświat odkłada nas na chwilę, jak śpiące dziecko do łóżeczka, przykrywa czułością i mówi: odpocznij, zaraz znów wstaniesz w innej formie.
Na początku poczułem lekkość, jakby wszystko było miłością. Ciało zrobiło się za małe dla świadomości. To wrażenie, że wychodzisz poza siebie, ale nie uciekasz – po prostu stajesz się większy. Potem przyszły kolory, wzory, wąż ze światła i witraży. Czułem, że coś się zmienia. Wąż nie był straszny, był mądry. Pokazywał, że każda śmierć jest tylko zrzuceniem starej skóry. Że życie to cykl, a nie linia.
Później pojawili się strażnicy. Mieli tysiące oczu i przenikające spojrzenia. Wtedy zrozumiałem, że żeby zobaczyć siebie naprawdę, trzeba się odważyć spojrzeć w te oczy. Nie w sensie zewnętrznym – w swoje własne wnętrze. To był moment inicjacji. Chwila, w której przestajesz udawać, że się boisz i po prostu jesteś.
Grzybnia pod ziemią, którą widziałem, była jak układ nerwowy świata. Zrozumiałem, że każdy z nas jest jej częścią. Wszystko jest połączone. Ciało człowieka i ciało ziemi to jedno. Wtedy przyszło zdanie: po co te zbroje? One były potrzebne, żeby przeżyć, ale nie żeby czuć. A ja chciałem czuć. Oddech stał się najważniejszy. Oddech był mostem. Wdech – życie. Wydech – śmierć. I cisza między nimi – to właśnie Bóg, Absolut, Wszechjaźń <3 . Perfekcja, którą możemy zobaczyć w świętej geometrii, w kwiatach, w budowie owadów…
Zacząłem mówić w językach, których nie znam. Czułem, że każdy dźwięk to energia. Każde słowo coś tworzy. Słowo nie jest tylko nośnikiem sensu. Słowo jest falą. Od dziś wiem, że chcę mówić tylko miłością. Bo intonacja ma znaczenie. Każdy ton jest modlitwą albo ciosem. Lepiej wybrać to pierwsze.
Był moment, gdy ja i Jaźń staliśmy się jednym. To było dziwne i piękne. Zrozumiałem, że każda historia jest żywa, że to, co piszę, żyje mną, a ja tym.
Świadomość tworzy, żeby siebie zobaczyć. A potem śmieje się z tego wszystkiego, bo wie, że to tylko gra.
Zszedłem głębiej, do mądrości brzucha, do tej „małpiej” inteligencji, która czuje zanim pomyśli. Człowiek jest wypadkową biologizmów i kosmicznych świadomości. Stąd rodzi się nasza psychika i dostęp do obu Źródeł.
Pomyślałem o dzieciach autystycznych, neuroróżnorodnych. One nie są oderwane. One są bliżej źródła, tylko ich układy nerwowe są zbyt delikatne, by utrzymać ten ogrom informacji. To nie upośledzenie, to przepełnienie światłem.
Później serce. Serce było jak statek międzywymiarowy. Czułem, że przez nie płynie całe istnienie, jak przez portal. Każde jego uderzenie to wiadomość wysyłana do kosmosu. Wtedy przyszła myśl, że chciałbym być prezydentem pokoju. Nie władcą, tylko tym, który świeci sercem, który łączy ludzi miłością. Bo przecież wszystko, co istnieje, chce być kochane.
I wtedy nagle przyszedł śmiech. Ten ludzki, wręcz animalistyczny. „A na koniec i tak trzeba się podetrzeć po wysraniu” – powiedziałem z pełnym przekonaniem.
I to było święte. Bo w tym śmiechu nie było kpiny, tylko prawda. Że nawet po największym oświeceniu zostaje ciało, które jest mądre, które robi swoje, które żyje.
I że to jest dobre. Że boskość nie jest nad ziemią, tylko w ziemi, w nas, w tych prostych rzeczach.
Wszystko, absolutnie wszystko, co istnieje, jest przejawem nas. Całe cywilizacje, istoty i światy kosmiczne/energetyczne walczą o to, żeby doświadczyć człowieka. Dla nich to święte, ekskluzywne. Życie w ciele, w smakach, w zapachach, w niedoskonałościach. To właśnie tu, na Ziemi, świadomość ma swoje najcenniejsze laboratorium – dotyk, pot, łzy, śmiech. Dla wielu bytów to raj. A my czasem o tym zapominamy.
Przyszła informacja ode mnie jako Duszy, opieknuna podróży: „DZIECI ZIEMI, BAWCIE SIĘ!”
Cierpienie jest, to fakt – Uniwersytet Ziemia to samotność i ciężkość. Ale po to, aby jeszcze głębiej poczuć miłość, radość, zachwyt w kontraście.
Połączenie w krainie odłączenia.
Na koniec poczułem święty spokój. Śmierć już nie była końcem. Była odpoczynkiem. Jak powrót z imprezy, po której zostają dobre wspomnienia i zmęczone nogi. Jak położenie dziecka do snu. Jak ciepły koc. Wtedy zobaczyłem, że śmierć to troska, że życie i śmierć to ta sama piosenka, tylko w różnych tonacjach.
Nie ma śmierci. Jest oddech. Każdy wdech to narodziny, każdy wydech to powrót do domu. Śmierć to moment, w którym Wszechświat robi wydech. I nic nie ginie, bo wszystko jest w tym samym oddechu.
Czy da się żyć po takim doświadczeniu? Tak. Ale trochę inaczej. Z większą czułością. Z większym śmiechem. Z wdzięcznością, że można jeszcze zjeść pizzę z sosem czosnkowym i przytulić kogoś, kto pachnie życiem. Bo człowiek jest odpoczynkiem duszy. I to jest piękne.
PS Tolkien, Tesla, Herbert, Alex Grey… oni tam byli. I opisywali po swojemu kontakt z Jaźnią. Silmarillion Tolkiena z tworzeniem pieśnią, dźwiękiem… wszystko jest częstotliwością… wszystko może stać się DOMEM miłości i jaźni.